Rodzinny wyjazd

Kiedy jeszcze kilka lat temu ktoś by mi powiedział, że będę spędzał rodzinny wyjazd na jachcie, uśmiechnąłbym się pod nosem i zapytał: „A ile to kosztuje i czy w pakiecie jest kucharz, ratownik, lekarz i animator dla syna?”
Bo wiecie, ja i moja żona zawsze byliśmy fanami wakacji „all inclusive”: ktoś organizuje, ktoś dźwiga walizki, ktoś pilnuje, żeby dziecko nie zniknęło w tłumie. My mieliśmy leżeć, jeść i czasem, dla sportu, wstać po drinka.

Ale pewnego dnia, przeglądając internet, trafiłem na ofertę rejsów T7S i w oko wpadł mi tydzień w czerwcu na Sycylii. Pokazałem ją żonie, a nasz sześciolatek, który akurat z pasją budował statek z klocków Lego, zawołał:
— Tata! Chcę na taki statek, tylko prawdziwy!
I tak się zaczęło.

Rejs, którego się baliśmy… a teraz nie chcemy już inaczej.


Wakacje w pigułce:

  • Przygoda i nowe przeżycia rozwijają
  • Doświadczenie potęgi żywiołów: morze, wulkany
  • Zwiedzanie bez ograniczeń, mogliśmy odkryć kilka wysp jednym wyjazdem
  • Poznaliśmy lokalne zwyczaje i ludzi

Strach ma wielkie żagle

Nie będę ściemniał – na początku byłem przerażony. Jacht to nie hotel, gdzie w razie potrzeby można zejść do recepcji i złożyć reklamację, że woda w basenie jest za chłodna. Jacht to pływające mieszkanie, w którym nie ma „pani z animacji” tylko kapitan, który mówi: “Wybierz szota grota”

Pierwsza noc na pokładzie była… ciekawa. Nasz syn, zachwycony, że ma swoją mini kajutę, oznajmił, że będzie kapitanem i kazał nam spać w „kajutach dla marynarzy”. Problem w tym, że w jego mniemaniu marynarz śpi na podłodze w najlepszym wypadku hamaku. Po krótkich negocjacjach udało się przekonać młodego, że kapitan czasem pozwala rodzicom spać w łóżku.

Ja natomiast całą noc nasłuchiwałem – czy jacht nie skrzypi za głośno, czy fala nie jest za wysoka, czy aby na pewno kotwica nie puściła. O trzeciej nad ranem wyszedłem na pokład, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie dryfujemy w stronę Tunezji. Oczywiście nie dryfowaliśmy, ale za to poznałem bezsennego sąsiada z drugiego jachtu, który właśnie podziwiał gwiazdozbiór Herkulesa przez teleskop. 

Dziecko kontra morze

Największą atrakcją dla mojego syna okazało się… koło ratunkowe. Zamiast traktować je poważnie, młody uznał, że to jego „superbohaterska tarcza” i latał z nim po całym pokładzie, broniąc nas przed „piratami z sąsiedniego jachtu”. Piratami byli oczywiście spokojni Niemcy w średnim wieku, którzy pewnie nie mogli zrozumieć, dlaczego sześciolatek celuje w nich plastikowym pistoletem na wodę.

Ale to jeszcze nic. Kiedy pierwszy raz wciągaliśmy żagle, mój syn stwierdził, że też musi pomagać. Wziął się za linę z takim zapałem, że nie potrzebowaliśmy kabestanu do jej naciągnięcia. Wiatr w żaglach, który napędzał jacht rozpoczął prawdziwą ciekawość i do końca rejsu syn zadawał kapitanowi średnio 2 tysiące pytań dziennie. “Który jacht pływa najszybciej?”. “Ile potrzeba czasu żeby opłynąć świat dookoła?”

Kuchnia na falach

Największą niespodzianką okazały się poranki na jachcie. Wyobraźcie sobie: budzicie się, otwieracie luk i pierwsze co widzicie to błękitne morze, a w tle skały i zielone wzgórza Sycylii. Zamiast biec do bufetu, wskakujecie od razu do ciepłej, krystalicznie przejrzystej wody. Kilka minut pływania działa lepiej niż kawa – choć potem kawa też obowiązkowo ląduje na stole.

Śniadanie? Bajka. Świeże pieczywo z lokalnej piekarni, oliwki kupione dzień wcześniej w małym porcie, sery pachnące tak intensywnie że znikały zanim wszyscy zasiedliśmy do stołu i słodkie pomidory, które smakują jak słońce. Do tego sok z pomarańczy zerwanych dosłownie kilometr dalej. Wszystko jemy na pokładzie, przy lekkim kołysaniu fal, z widokiem na zatoczkę, w której jedynymi „sąsiadami” są ryby skaczące nad wodą.

To były śniadania inne niż wszystkie – żadnego pośpiechu, żadnych tłumów przy bufecie, tylko my, natura i zapach świeżo upieczonej bagietki, która znikała w rękach naszego sześciolatka szybciej, niż zdążyliśmy nalać oliwy.

Plaże inne niż wszystkie

Najfajniejsze w tym rejsie było to, że plaże mieliśmy praktycznie tylko dla siebie. Żadnych tłumów, hałasu ani sprzedawców byle niczego – cisza i spokój. Do brzegu mogliśmy dostać się na różne sposoby: czasem paddleboardem, czasem pontonem, a kiedy mieliśmy ochotę na trochę sportu, po prostu w płetwach.

Dla mojego syna to było spełnienie marzeń – mógł wraz z kolegą skakać do wody tyle razy, ile chciał, pływali na pontonie i bawili się w piratów, a kiedy zakładali maski, odkrywali cały podwodny świat: rybki, kraby, muszelki. Ja w tym czasie siedziałem na burcie, popijałem zimny napój wyjęty prosto z małej lodówki na pokladzie i myślałem: „No dobra, tego nie ma w żadnym hotelu”.

Lekcja wolności

Po tygodniu na jachcie poczuliśmy coś dziwnego – wolność. Nie byliśmy związani z hotelem, nie musieliśmy czekać na autobus, nie biegliśmy na śniadanie, bo bufet zamykają o 10:00.
Budziło nas słońce, a nie animatorka krzycząca w megafon. To my decydowaliśmy, czy płyniemy do portu, czy zostajemy w zatoczce. To my wybieraliśmy, czy obiad jemy w tawernie, czy grillowane ryby na pokładzie.

I wiecie co? To było cudowne. To był nasz najlepszy rodzinny wyjazd.

— Patrzcie! Delfiny, chcą żeby się z nimi pobawić!
Od tamtej pory codziennie rano pytał, czy dziś też będą i wypatrywał ich wśród fal.

Dziecko i jacht to najlepsza zabawa

Okazało się też, że jacht to idealne miejsce dla dziecka. Drabinki, liny, zakamarki – dla sześciolatka to lepsze niż największy plac zabaw. Na początku baliśmy się, że syn wpadnie do wody podczas żeglowania, ale to doświadczenie nauczyło nas zaufania do naszego dziecka i dostrzegliśmy niesamowity instynkt samozachowawczy, którego wcześniej po prostu nie miał gdzie rozwijać. Radość, jaką dawało mu „sterowanie” (czytaj: trzymanie się koła sterowego), była bezcenna.

Zmiana myślenia

Kiedy wróciliśmy na ląd, postanowiliśmy spędzić jeden dzień w klasycznym hotelu – oczekując na lot powrotny. Już po godzinie wiedzieliśmy, że to nie to. Bufet wydawał się nudny, basen za płytki, a syn zapytał:
— Tato, a gdzie są żagle?
I wtedy zrozumiałem, że przepadliśmy.

Podsumowanie

Rejs po Sycylii był dla nas przełomem. Bałem się, że sobie nie poradzimy, że to zbyt trudne, że z dzieckiem to się nie uda. A wyszło… najlepiej jak mogło.
Nie było łatwo – czasem wiatr wiał nie tam, gdzie chcieliśmy, czasem fale kołysały za mocno. Ale to wszystko były tylko detale.

Dziś już nie wyobrażam sobie powrotu do typowych „zorganizowanych” wakacji . Bo wakacje na jachcie to nie tylko podróż. To przygoda, wolność i… trochę pirackiego ducha, którego chyba wszyscy mamy w sobie.

A nasz sześciolatek? Już planuje, że za rok popłyniemy dalej – „aż do wyspy, gdzie mieszkają smoki i syreny”. I wiecie co? My mu wierzymy.


Dziś już nie wyobrażam sobie powrotu do typowych „zorganizowanych” wakacji.